Kurde: Humor na kurdeRykowiskoGaleria!Humor, dowcipyKomiks HadrianEncyKlopediaSklepForum dyskusyjneCasino las VaginasWybory missOgłoszenia drobnePogodaDla dzieciJebusyKoszulkiUnd-der-GruntMartwe zwierzęGolenie owiecMotyl zemstyObywateleRed Akcja
Mega zestaw darmowych gier online!
Poczta SMS
r e k l a m a

Szalony rowerzysta

Naczytawszy się tych wszystkich dyskusji o kierowcach i rowerzystach, pomyślałem, że warto by opowiedzieć o pewnej interesującej przejażdżce...

Był piątek. Piątki są zwykle niezłe, bo za kółkiem siada wielu odpitych nastolatków, nie brakuje też wkurzonych gości, którym spieszy się z pracy do domu. Poza tym w fabrykach jest to często dzień wypłaty, więc po szosach krąży sporo typków w terenówkach, którzy szukają zaczepki, popijając jeden browar za drugim. Prawdziwy raj dla rowerzysty.

Załadowałem pełny magazynek do swojego MAC-10 i przymocowałem drugi pod siodłem. Karabin nie jest zbyt ciężki i zgrabnie wchodzi do uchwytu na bidon. Do kieszeni koszulki włożyłem dwa granaty, a ramboidalny nóż do pochwy na przednim widelcu. Na wszelki wypadek zabrałem jeszcze granat zapalający i upchałem go do ostatniej wolnej kieszeni. Zwykle wożę nieco mniej sprzętu, ale to w końcu piątkowa noc...

Pierwszego dopadłem raptem milę od domu. To był typ A, semipsychotyczny biznesmen-japiszon w beemce, któremu nie podobało się, że zajmuję przed nim pół metra szerokości pasa, więc oznajmił mi to przy pomocy klaksonu i środkowego palca. Ciężko jest trafić jadący samochód z jadącego roweru, nawet przy użyciu karabinu maszynowego. Musiałem puścić cztery serie, zanim trafiłem w bak i auto rozbłysło płomieniami. Na szczęście przed wybuchem gość zdołał zjechać na pobocze, co oszczędziło mi szukania drogi przejazdu wokół płonącego wraku.

Następny napatoczył się dopiero po pięciu czy sześciu milach. Para gnojków w starym Camaro podjechała do mnie z boku. Pasażer zaszczekał przez okno niczym pies, po czym kierowca depnął na gaz i oddalili się z piskiem opon, w chmurze spalonego oleju. Tym razem szczęście mi dopisało - nie musiałem się mozolić z karabinem, bo dopadłem ich na czerwonym świetle. Zjechałem na środek drogi, żeby wziąć ich od strony kierowcy. Kiedy ten ostatni mnie zobaczył, zaczął coś bluzgać, ale nie wiem dokładnie, o co mu chodziło, bo urwał w pół zdania, zobaczywszy, jak granat wpada przez uchyloną szybę na tylną kanapę. Kątem oka widziałem, jak usiłują go dosięgnąć, ale nie dali rady. Szkło i odłamki zniszczyły nieco auto stojące przed nimi, ale nic nie mogłem na to poradzić. W końcu w każdej wojnie zdarzają się niewinne ofiary.

Ponieważ miałem już dość ruchu ulicznego, skierowałem się na wieś. Gdy mijałem pewne podwórze, wypadły z niego dwa ogromne dobermany, obierając kurs przechwytujący. Osadziłem je w miejscu jedną serią, po czym dołożyłem jeszcze trochę w okna domu, żeby przypomnieć farmerowi o obowiązującym prawie, które nakazuje trzymać psy na smyczy.

Niedługo później usłyszałem za sobą ryk grubych opon. Obejrzawszy się, ujrzałem wielką półciężarówkę Forda, jedno z tych monstrów, co mają podwozie dobry metr nad ziemią. Gdy się jeszcze zbliżyła, przez dźwięk opon mogłem dosłyszeć jeszcze dobiegającą z kabiny głośną muzykę country. W środku siedziało dwóch mężczyzn w kowbojskich kapeluszach i piło piwo z puszek. Archetypalne auto farmerskie.

Miałem ochotę wysadzić ich od razu, ale zaczekałem, żeby się przekonać się, co też zaplanowali. Czasem tacy goście grzecznie cię wyprzedzają i tyle, ale nie tych dwóch, o nie! Facet na fotelu pasażera trzymał w ręce styropianowy pojemnik pełen lodowatej wody, którą zamierzał wylać przez okno na niżej podpisanego. Niczego więcej nie potrzebowałem. W chwili, gdy auto zrównało się ze mną i gość chciał się wziąć do roboty, puściłem mu przez okno serię. Niestety, ponieważ kabina była bardzo wysoko, nie dosięgłem kierowcy. Ford jechał dalej drogą, a ja próbowałem ich wykończyć przez zbryzganą krwią tylną szybę, ale - jak na złość! - właśnie skończył mi się magazynek.

Podczas jazdy nie mogłem przeładować karabinu, a kierowca zdążył już zatrzymać auto i zawracał, żeby mnie dopaść. Miałem może dwie sekundy, żeby zadecydować, co robić. Sięgnąłem do kieszeni z tyłu koszulki i wyciągnąłem drugi granat, po czym złożyłem się w zakręt niczym na czasówce, zawróciłem, wyciągnąłem zawleczkę i zerknąłem przez ramię na ciężarówkę, która pędziła już w moją stronę. Teraz trzeba było tylko dobrze wymierzyć. Puściwszy kierownicę, rzuciłem granat, po czym popędziłem przed siebie, ile sił w nogach. Usłyszałem wybuch i poczułem, jak coś ociera się o moje ramię. Obróciwszy się, ujrzałem, jak płonąca ciężarówka efektownie koziołkując wali się do rowu. Gdy płomienie dosięgły baku, nastąpiła druga eksplozja.

Postanowiłem skrócić przejażdżkę, ponieważ moje ramię zaczęło krwawić. Rana była powierzchowna, ale na tyle brzydka, żeby dość mocno dokuczać. Zacząłem żałować amunicji, którą zużyłem na tego palanta w BMW. Muszę kiedyś kupić sobie do MAC-a trochę pocisków smugowych, żeby się lepiej celowało! A zresztą... Przeładowałem karabin, bo byłem pewien, że po drodze do domu spotkam jeszcze paru gnojków i pijaków.

Po kilku milach usłyszałem za sobą wycie policyjnej syreny. Postanowiłem się nie przejmować, licząc, że to nie po mnie jadą, ale się zawiodłem. Radiowóz zwolnił tuż za mną i z megafonu popłynął głos, który kazał mi zejść z roweru i położyć się na ziemi twarzą na dół. Cholera! Wcale nie miałem ochoty wykańczać gliniarza, ale w końcu gdyby dobrze wykonywał swoją robotę, nie musiałbym sam jeździć i zmniejszać populacji szczurów w swojej okolicy. Na szczęście wpadłem na pewien pomysł - przecież miałem jeszcze granat zapalający! Wyszarpnąłem go z kieszonki i rzuciłem na maskę radiowozu, licząc na element zaskoczenia. Nie pomyliłem się: dwóch policjantów było zbyt zdziwionych, żeby zacząć do mnie strzelać. Granat wybuchł i zaczął przepalać maskę, torując sobie drogę do komory silnika. Policjanci zdążyli zatrzymać auto, ale zanim wysiedli, byłem już dobre czterysta metrów od nich. Usłyszałem za sobą strzały, ale z takiej odległości nie mieli szans mnie trafić ze swoich trzydziestek ósemek.

Moja ucieczka trwała jednak krótko. Przed sobą ujrzałem w oddali dwa blokujące drogę radiowozy, za którymi kryli się gotowi do strzału policjanci, a za sobą usłyszałem wycie następnych syren. To już był koniec. Wyciągnąłem MAC-a i zacząłem ostrzeliwać blokadę, kuląc się na rowerze, żeby utrudnić im celowanie. Skoro musiałem zginąć, chciałem chociaż zabrać ze sobą paru z nich. Miałem dobre życie. Zdarzało mi się dobrze bawić. Żałowałem tylko, że polują nie na tego, na kogo powinni. Poczułem, jak coś gorącego rwie moje ramię. Sięgnąłem doń drugą ręką, spodziewając się widoku krwi, ale zamiast tego znalazłem tam rękę mojego kolegi z biura. "Bob! Bob! Obudź się! Zasnąłeś za biurkiem! Jest piątek po południu, trzeba iść do domu!"

Poszedłem do domu, przyrzekając sobie nie tykać więcej meksykańskiego żarcia z tamtej knajpy.

Kurde obywatel
Regulamin
FAQ

Nick:

Hasło:


Rejestracja   

Przeszukaj stronę:


Archiwum   

Najnowsze nowości
Nowa ramówka JEM TV
Zbawiciel
Wyborcze świnie
Potrzebne dotacje na paliwo
Gwiazdy lat minionych
Plebiscyt: Najbardziej dupowaty robot
Trendy 2007 dla bramkarzy dyskotek
Walentynkowe przysmaki

Pasaż handlowy
Cytrynka pana E.
Dupa wieloryba w puszce
Rogaś z Doliny Rospudy
Skurczowstrzymywacz
Sztuczne szczęki znowu w Modzie!
(W)dechowa blokada
Polecamy:

Wjadom ości szprotowe
Czysta rywalizacja czy rywalizacja po czystej?
Rakotwórcze wrotki?
Prawdziwy Adam Małysz
Nowy kontyngent
Tragiczna olimpiada
Zawody w wędkarstwie drogowym
Zakop!
MŚ we FSBMX
Nowości katalogu
Jak postępować z autostopowiczami
Co robić na nudnym kazaniu?
Teletubisiowy test
Wino pampers
Jak sobie radzić na poczcie?
Przedmieścia czy nie?
Na poważnie
Na poważnie
Poczta
Wykręć numer
Logotypy
Koszulki
Reklama
Konkurs

Czy wiesz, że Groszek ma robaki?
Humor na Kurde!  Forum  Komiks  Legenda  Encyklopedia  Humor  RSS -feed
Uwaga   Redakcja   Partnerzy   Reklama   Kontakt   Banery - dodatki   Sklep.kurde.pl   SMS.kurde.pl
Copyright 2000 – 9 © humor na kurde.pl
metawers.pl